Closed.

Kochani moi, przyszedł dzień, kiedy Un. postanowiła zapakować swoje zabawki i przenieść się w inne miejsce. Nie wiem czy lepsze, nie wiem jeszcze jaki będzie tego skutek i nie mam pojęcia czy tu jednak kiedyś nie wrócę, aczkolwiek póki co…

Póki co zapraszam Was wszystkich na www.niepoczatek.wordpress.com

Nie zaczynam od nowa, nie zamierzam się bardzo zmieniać, ale wydaje mi się, że to w końcu też czas kiedy trzeba coś zmienić.

Peace. :)

Kiedy zamykasz tydzień, by wyrobić pewien nawyk.

17311876_1483963351628121_1797680464_oZastanawiam się jak to jest, że kiedyś potrafiłam pisać tu prawie codziennie.
I zastanawiam się o ile bogatsze było moje życie.
Albo jak wielką potrzebę miałam uzewnętrzniania tego co dzieje się w mojej głowie.
Albo jak często myślałam, że to co w ogóle się dzieje jest istotne.

I myślę, że jak bardzo nie byłoby to kiedyś wszystko głupie, miało to na pewno jakiś swój urok.

 

Podobno życie nastolatków nigdy nie jest proste. I moje, choć bardzo się starałam, też takie nie było. Jak sobie pomyślę o tym, że od czasu pójścia do ogólniaka bolą mnie plecy, mam wrażenie, że nie jest to przypadkowe. Ale nie o tym chyba dzisiaj, choć jeszcze nie wiem o czym właściwie.

Chciałabym zamknąć ten tydzień czymś co pomogłoby mi przejść przez kolejny. Czymś co nie byłoby pełną szklanką Desperadosa z pewną dawką wódki w środku i paczką chipsów, aczkolwiek chyba czeka mnie rozczarowanie.

Człowiek. Podobno ile bólu by nie doznał, ile by nie wycierpiał, jego największą siłą jest fakt, że może to przeżyć by stać się mocniejszym, silniejszym, pewniejszym.
Podobno największą jego siłą jest też nadzieja. Nadzieja, która potrafi zmieniać świat.

Ja mam więc nadzieję, że dożyję czasów, w których klientki nie będą nas straszyć sądem cywilnym za negatywnie rozpatrzoną reklamację o wartości 79,99 zł.

Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi zdawać będzie sobie sprawę z tego, że nie widzimy świata w jednakowy sposób, że każde z nas ma indywidualne filtry, nałożone przez podświadomość, które kreują naszą osobistą rzeczywistość i to jak ją odczytujemy.

Mam nadzieję, że dożyję czasów, w których zdamy sobie sprawę, że nie warto jest się zabijać o poglądy. Że szkoda na to naszego czasu, którego wbrew pozorom nie mamy aż tak wiele.

Mam nadzieję, że przestanie nas kiedyś szokować to co naturalne. Jak nagość, seksualność, jak wyjątkowość jednostek, jak to że każdy z nas może być dokładnie takim jakim chce być. I może robić to co mu się żywnie podoba, w sposób jaki mu się podoba.

Coraz częściej w głowie pojawia mi się myśl o tym, że jestem tu po coś. Że zbyt długo starałam się być taka jaka powinnam być, że teraz nadszedł czas by być taką jaką chcę. I że właśnie to trzeba zaszczepiać każdemu kogo spotyka się na swojej drodze. Akceptację. Czasami mimo osobistych przekonań, czasami mimo tego, co jest ogólnie przyjęte. Że trzeba pokazywać innym, że każdy z nas jest jaki jest i jest to dobre. Dopóki nikomu nie wyrządza się krzywdy… choć i tak jest edukująca, choć gdy się już przydarza, najlepsze co można w tym przypadku zrobić to wyciągnąć z niej lekcję.

I miałam zawsze nadzieję, że znajdę kogoś kto mnie zrozumie. I znalazłam.
I jest to coś za co jestem i będę dozgonnie wdzięczna mojemu przewrotnemu losowi, który od zawsze lubił płatać mi figle.

A teraz… Poniedziałek, bo nic więcej nie wymyślę.

Peace.

Słowo o mnie. O nas?

IMG_20170308_215226_932

Kiedy byłam mała chciałam zostać baletnicą. Chciałam chodzić w tiulowej spódniczce i stawać na palcach. Chciałam być lekka i powabna.

Kiedy byłam starsza chciałam śpiewać, stać na scenie z jakimś przystojnym kolegą, który trzymałby gitarę. I myślałam, że najważniejsze w życiu to mieć kochającego mężczyznę, który by mnie akceptował, a najlepiej żeby to był ten jeden jedyny, na całe życie.

 

 

Moje życie zweryfikowało moje wyobrażenie o otaczającym świecie. Nie zostałam baletnicą, póki co też nie śpiewam na scenie, chociaż mam przynajmniej przystojnych kolegów, którzy potrafią grać nie tylko na nerwach. I byłam w więcej niż jednym związku, co również utwierdziło mnie w przekonaniu, że miłość to energia odnawialna, która potrafi zaistnieć w najmniej sprzyjających jak i najmniej oczekiwanych warunkach.

W miarę dorastania okazało się, że mam wiele kompleksów, okazało się, że nogi nie wyglądają tak jak bym chciała, że uszy nie są w tym rozmiarze, w którym powinny, że piersi są zbyt małe, później, że zbyt duże, że pupa płaska a na brzuchu jest nadmiar skóry, który ma czelność się fałdować przy siadaniu. I okazało się jeszcze, że muszę uważać na to co i przy kim mówię, bo mama od zawsze powtarzała mi, że kobieta musi uważać. Społeczeństwo lubi przyklejać kobietom łatki, jednak ciężko je potem oderwać.

I tak walczyłam, ubierałam szersze jeansy, długość włosów dobierałam tak, by zasłaniała uszy, nie chodziłam w krótkich topach, zakładałam staniki z push up’em i raczej wolałam nie rozbierać się za bardzo na plaży. I uważałam. Patrzyłam sobie na ręce, żeby być grzeczną dziewczynką, która zawsze wszystko robi tak jak należy. I niestety nie zawsze mi wychodziło, za co starałam się skrupulatnie karać.

Skończyłam jednak ogólniak, a kiedy zaczęłam studia, zaczęłam też interesować się fotografią. I to dopiero wtedy odpuściłam krzywe nogi, odpuściłam uszy, które nadają mi charakteru, odpuściłam krzywy kieł, w którym zakochał się Kosmita, odpuściłam zbyt płaski tyłek i zbyt już wtedy duże cycki. I pokochałam fotografię. Pokochałam akty, pokochałam ludzi, którymi się otaczam, pokochałam tę wolność, którą daje akceptacja, pokochałam wolność samą w sobie, pozbawioną seksualności, ale i tę wolność, która jest jej pełna. I to ja dzisiaj decyduję co jest dla mnie, dla Kosmity i dla świata. I tak bardzo cieszę się, że nie muszę już zamykać się w tych granicach, które wybudowaliśmy sobie przez lata wyrzeczeń. Przez lata zamknięcia. W tym świecie, w którym zwykły dotyk, całus na powitanie jest nieraz czymś dziwnym.

Ale najważniejsze stało się, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie będę idealna dla świata, w którym żyje. Ten świat nie jest przychylny kobietom, które nie boją się siebie. Nie boją się swojej kobiecości, swojej seksualności, które w pewnym momencie życia dochodzą do wniosku, że bycie posłuszną, grzeczną i przykładną jest czystym żartem cywilizacji, w której się urodziłyśmy. Dziś możemy głosować, możemy pracować na kierowniczych stanowiskach, możemy nawet wychodzić by protestować. Aczkolwiek zawsze znajdą się Ci, którzy powiedzą, że kobieta powinna zarabiać mniej, Ci którzy powiedzą, że nie jest tak inteligentna jak facet. I znajdą się kobiety, które stwierdzą, że oczekujesz prawa do decyzji o własnym ciele bo chcesz się puszczać. Bo nikt nie jest tak skory do oceniania kobiet, jak inne kobiety. I będą Cię oceniać, mimo że nie poznają ani powodów, ani Ciebie samej. I będą mówić o Tobie różne rzeczy, które pewnie będą potrafiły zaboleć. Bo esencją naszej mentalności jest, że facet zalicza, a kobieta się po prostu puszcza.

Dziś wiem, że czas istnieje jedynie w mojej wyobraźni, a prawdziwe jest tylko tu i teraz. I mam prawo, a nawet obowiązek przeżywać je tak jak chcę, o ile nikomu nie robię krzywdy. Nie odpowiadam za niczyje myśli o mnie, ani o niczyje uczucia ze mną związane.

I mogłabym tak dalej, o tym jaka kobieta powinna być, a jaka nie jest. I mogłabym o tym, że żyjemy w świecie, który krytykuje wszystko, co nie jest takie jakie było 100/50/30 lat temu. Ale jest już dość późno, a ja chciałam tylko napisać, że jestem z nas cholernie dumna, bo mimo to, coraz więcej kobiet przekonuje, że Pole dance to sztuka, że nie trzeba mieć dzieci by być szczęśliwym, że akty potrafią być sensualne i piękne, że kierować autobusem nie musi facet… itd. itd.

i nie chodzi o to, byśmy wszystkie przestały rodzić i zaczęły się kręcić na rurze, ale o to, żeby nie bać się robić tego co chce się robić z własnym życiem, i o to by przyzwyczajać do tego społeczeństwo, które jak na złość jest niczym dziecko, które do wszystkiego trzeba przekonywać.

Peace.

Kiedy organizm mówi stój, a Ty stajesz i zaczynasz myśleć

17016267_1465857530105370_1139446376_oPrzez ostatni tydzień, umierając na łóżku, zdążyłam obejrzeć co najmniej dziesięć komedii przeróżnej treści czy jakości – w większości romantycznopodobnej. Nieuniknioną więc wydawałaby się jakaś refleksja… odnalezienie jakiegoś głębszego sensu, by udać choćby przez chwilę, że czas spędzony przed telewizorem, z chusteczkami i Fervexem nie był zupełnie stracony. I tak oto jest.

 

Jestem czymś co Kosmita nazwał antykurą domową. Pominę już fakt, że przejście z pokoju do kuchni i z powrotem przez większość czasu spędzonego w domu, kojarzyło mi się z wysiłkiem równym dojściu na Mount Everest. Jednak po 5 dniach robienia obiadów,  zmywania, leżenia, Fervexów, herbaty, kolacji, sprzątania, obiadów, leżenia, sprzątania…. nie potrafię już patrzeć na naczynia. Tak oto ta, która uwielbia gotować, nie potrafi bez nienawiści patrzeć na gary. Świat się skończył.

Katar ustępuję, gardło już tak bardzo nie pali, głowa nie jest już podpięta pod detonator, a ja każdą komórką ciała marzę o tym by wyjść z domu. Kino, pijalnia czekolady, osiedlowy sklepik, cokolwiek.  To jest ten moment, kiedy nawet praca wydaje się być atrakcyjna. To jest… desperacja.

I pojawia się w mojej głowie pewien wyraz kompletnego szacunku i podziwu, dla tych wszystkich kobiet, którym taki styl życia odpowiada, dla których jest to sposób na spełnianie siebie. Full-time mother. Na samą myśl o tym, że po domu miałoby mi biegać coś jeszcze oprócz królika dostałam dziś przy obiedzie dreszczy. I kolejny raz doszło do mnie, że nie chce mi się. Po prostu nie mam na to najmniejszej ochoty.

I wydaje mi się, że nie jest to nic złego. Kiedy myśle o tym racjonalnie, stwierdzam, że to nawet normalne. Że są różni ludzie na świecie, stworzeni do różnych rzeczy, że każdy ma tu swoje miejsce i jest potrzebny. Ale jestem też przekonana, że nie jest to stuprocentowa prawda. Że istnieje jakaś część mnie która mnie karci za każdym razem kiedy stwierdzam, że nie zostałam stworzona do posiadania ogromnej rodziny i siedzenia w kuchni. Że coś z tyłu głowy przekonuje mnie, że tak nie można, że nie będę prawdziwą kobietą jeśli tego nie pokocham. I choć wiem, że bywają w mojej głowie myśli, które nie są moje, ciężko mi się jeszcze przekonać do tego, że jestem taka i że jest to dobre na swój sposób.

Wczoraj, oglądając jeden z filmów dodanych przez Beatę Pawlikowską kolejny raz przekonałam się o tym, że czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy nad sobą, że nie kocham siebie, że nie do końca siebie lubię, że mam w głowie jakiś nieosiągalny ideał, którego już nigdy nie będę wstanie dogonić i dopóki się z tym nie zmierzę, nie dam temu spokoju, nigdy tak naprawdę nie będę potrafiła pokochać i nigdy nie przestanę się bać. Bo wszystko co złe, przychodzi ze strachu. Nasza niepewność, złość, zazdrość, brak poczucia bezpieczeństwa. Wszystko to przez strach, który zakorzenił się gdzieś w głowie, bardzo dawno temu, pewnie kiedy był potrzebny, może za czasów, których już nawet nie pamiętamy. Jednak ten sam strach, jest wciąż aktywny i niestety potrafi przeszkadzać.

I tak oto nadszedł więc czas na kolejne ćwiczenie podświadomości.
Śmiałam się kiedyś z Kosmity, że rzadko mówi, że mnie kocha. Idąc tym tropem, śmiać powinnam się z siebie, bo nigdy tak naprawdę nie stwierdziłam tego w stosunku do swojej osoby. A skoro tak, czas najwyższy to zmienić. Bo miłość to największa siła, która potrafi przezwyciężyć każdy strach. I potrafi wygenerować w nas siłę przenoszącą góry.

Tak oto napisałam coś, co nie miało być zdecydowanie tym czym jest. Aczkolwiek cieszę się, bo zamknęłam kolejny tydzień, a nawet już miesiąc.

Peace.

Walą drinki, tynki a ja nic nie walę. Tylko herbatę popijam


Nie zamknęłam poprzedniego tygodnia i mam taki nastrój, który mówi mi, że tego też nie chce mi się zamykać. Byłam u rodziców, powoli kończę odpoczywać. Czuję się zrelaksowana, czuję się dobrze, a jednocześnie stresuję się i denerwuje non stop. To dziwne używać tak przeciwstawnych do siebie słów w jednym zdaniu, kiedy opisujesz swój stan, aczkolwiek z drugiej strony nie można czuć się cały czas tak samo. Jedyną stała w naszym życiu jest zmienna.

 

Przeszliśmy wszyscy przez coroczną szopkę związaną z Walentynkami. Z jednej strony widzimy singli, którzy z odrazą patrzą na wszystkich aktualnie sparowanych przedstawicieli gatunku, którzy mają czelność się w tym czasie, bardziej niż zwykle, z miłością obnosić. Z drugiej natomiast zakochanych, planujących każdą minutę wspólnego wieczoru, spowitego w różową mgiełkę, powstałą z oparów ich wzajemnej miłości. Z trzeciej strony stoją wszyscy Ci którzy wrzeszczą o tym jak strasznie to wszystko komercyjne i żałosne. A z czwartej widać tych, którzy komercji mówią po prostu zdecydowane no trudno i idą po czekoladki.

A ja tak stoję na środku i się przyglądam, choć bliżej mi tych, którzy idą po coś słodkiego.

Jakiś czas temu znajomy zapytał mnie o walentynki i jakiś na nie pomysł. Bez zastanowienia palnęłam;

- nie wiem… może weź ją do kina?
- Do kina?? A potem co? Frytki w Mac’u?!

I trochę się roześmiałam, bo wcześniej powinnam wspomnieć że typem romantyka nie jestem, a loty helikopterem na randkę życia, rodem z 50 shades of Grey są co najmniej nie w moim stylu. I widzę ten coroczny wyścig tych którzy są sami i tych którzy nie, tych którzy walentynki traktują jak prawdziwe święto i tych którzy traktują je jak prawdziwy, komercyjny, napompowany balon który ma wybuchnąć 14 lutego, generując olbrzymie przychody. A ja nadal stoję na środku i myślę…

Bo z jednej strony komercja aż miło i mają w tym rację. Z kolejnej kochamy się codziennie i tu też prawda. A jeszcze z innej miło jest dostać czekoladki, choć w moim przypadku czekoladki to standard, który musiał wejść w pewną codzienną rutynę. I tu myślę, że w tych czekoladkach pies jest pogrzebany, choć żaden przy produkcji tegoż postu nie ucierpiał!

Żyjemy w dziwnych czasach, w których nie zawsze można liczyć na to, że ktoś tak po prostu zrobi Ci kolacje, kiedy wrócisz po pracy. Gdzie nie do każdego obiadu zapala się świeczki w pokoju. Gdzie nie zawsze siedzi się razem w kuchni odgrywając Masterchef’a. Gdzie nie zawsze zapalamy kadzidła, nie zawsze robimy sobie z sypialni studio masażu. Gdzie małe gesty się nie zdarzają, albo są niezauważane. I w takich przypadkach przydaje się taki jeden, mały dzień w roku, w którym ktoś musi potrząsnąć łbem, uruchomić tych kilka pozostałych, szarych komórek i zadać sobie choćby minimum trudu, zarówno by coś przygotować jak i żeby zauważyć pewne rzeczy. Czasami tylko po to żeby przystanąć na chwilę, a czasami po to by sobie o czymś, kimś przypomnieć. Czasami niestety tylko na jeden dzień. Ale nie w tym rzecz by oceniać czyjkolwiek związek, bo póki w nim nie jesteś, nie masz do tego prawa.

Niestety, choć chcielibyśmy żyć w idylli, świecie idealnym, w którym wszyscy chadzamy po chmurach, a w pałacach czekają na nas książęta, opcjonalnie księżniczki… Nie jest tak. Mało tego każdy kto był w choćby jednym związku jest wstanie to przyznać. Kochamy i jesteśmy kochani, ale nie każdemu facetowi się chce, cały rok. Bo ona narzeka, bo chodzi wkurzona, bo znowu się obraziła, bo ma okres, bo w pracy się czepiają, bo przecież powiedziałem, że kocham, to na cholerę to powtarzać non stop?! I nie każda z nas jest święta. Bo po co rozmawiać, niech się domyśli, przecież już raz mu powiedziałam, bo nie wyniósł śmieci, bo zapomniał kupić cukru, bo wszystko trzeba mu pokazywać palcem.

I przede wszystkim dla Was obojga – bo to wszystko jest takie bardzo ważne!
I te śmieci i ten okres…

Żyjemy w czasach w których (prawie) wszystko jest komercyjne. Każda otrzymana złotówka, lajk, udostępnienie sprawia, że wystawiony przedmiot, twórczość, cokolwiek staje się komercyjna. Ludzie w tej chwili zarabiają na wszystkim. Kupując kwiaty na dzień matki bierzesz czynny udział w ukomercyjnianiu (??!) – Boże wybacz to słowotwórstwo – dnia matki.  Więc nie czepiałabym się tego aż tak mocno. Czepiałabym się natomiast fanatyzmu. Bo przybiera różne formy i dotyczy przeróżnych tematów, a my mamy bardzo dobrze rozwinięte umiejętności generalizowania i wpieprzania wszystkich do jednego worka. Niezależnie czy powodem jest samotność, czy kiepski dobór filmów na wspólny wieczór i niespełnione oczekiwania, przejmowanie się tym dniem w nadmiarze jest jak dla mnie nazbyt poważne.

To tak jakbyś nie mógł pozbyć się przekonania, że na Boże Narodzenie musisz umyć okna, bo inaczej Pan Jezus się nie urodzi.*

Ile byłoby nam prościej gdybyśmy w ten dzień po prostu uznali, że mamy dać sobie odrobinę miłości? Miłości wzajemnej, bądź tej skierowanej ku sobie samym, która moim skromnym zdaniem, jest wręcz ważniejsza niż jakakolwiek inna, nawet jeśli proponuję ją sam Johnny Depp, czy inna Angelina.

peace.

 

* ot i takie żartobliwe wspomnienie prawdziwej anegdoty z życia wziętej, kiedy to bardziej niż wspólnie spędzonym czasem martwimy się czy dobrze wysprzątamy mieszkanie